Dworzec Główny w Karlsruhe tonął w cieniu rzucanym przez potężną, stalową konstrukcję dachu, a powietrze przesycone było zapachem pary i dymu z gotowej do odjazdu lokomotywy. Na peronie pierwszym nie było orkiestry wojskowej, czerwonych dywanów ani tłumów wiwatujących na cześć władcy. Zgodnie z wolą Fryderyka, jego wyjazd miał pozostać sprawą prywatną, pozbawioną pompy, która w obecnych czasach mogłaby jedynie sprowokować kolejne niepokoje.
Przy wagonie pierwszej klasy czekała jedynie garstka osób. Freiherr Otto von Ehrenberg, do niedawna Minister Stanu, stał wyprostowany, trzymając w dłoniach cylinder, a w jego oczach malował się smutek człowieka, który widzi upadek świata, któremu służył całe życie. Obok niego stał kapitan Friedrich von Berg, zachowujący wojskową postawę nawet w tej gorzkiej chwili. Pojawił się także Max von Baden, który mimo politycznych różnic, przyszedł oddać szacunek człowiekowi, który dobrowolnie oddał władzę, by ratować kraj przed rozlewem krwi.
Fryderyk podszedł do każdego z nich, wymieniając krótkie uściski dłoni i ciche podziękowania. Nie było już miejsca na długie przemowy – wszystko, co istotne, zostało powiedziane rano w gmachu Landtagu. Gdy konduktor dał sygnał do odjazdu, były Wielki Książę wszedł na stopnie wagonu. Przez chwilę trzymał się mosiężnej poręczy, patrząc na oddalające się sylwetki swoich wiernych ministrów i zarysy miasta, które przez lata było jego domem i stolicą.
Pociąg ruszył z głośnym świstem, powoli nabierając prędkości. Fryderyk usiadł w przedziale i spojrzał przez okno na mijane budynki Karlsruhe. Zostawiał za sobą Badenię w rękach nowego władcy i nowej koalicji, z nowym Przewodniczącym Landtagu Franzem Abelmannem i rządem, który miał teraz udowodnić swoją wartość. Gdy wieże pałacu ostatecznie zniknęły za horyzontem, Fryderyk przymknął oczy. Epoka wielkoksiążęca dobiegła końca, a pociąg niosący ostatniego władcę Badenii z dynastii Badeńskiej gnał przed siebie, w stronę nieznanej jeszcze przyszłości.





